Hej Pokerze,
Piszę do Ciebie po 5 latach od przejścia na emeryturę. Odszedłem zajmować się Tobą tylko w teorii. Odszedłem w poczuciu niezałatwionej sprawy, a nawet osobistej porażki. Odszedłem, bo czułem się wypalony. Ja się starałem, a Ty mi nie dawałeś… wyników, jakich wtedy oczekiwałem (LOL). Bo przecież tak się starałem, żebyś mnie zauważył…
Dzisiaj piszę do Ciebie, żeby Ci opowiedzieć o rzeczach, których wcześniej nie rozumiałem. A może nawet wrócić, bo nikt inny nie daje mi tego co Ty.
Rok 2007. Miałem 23 lata. Kończyłem studia z Matematyki na UG. I szykowałem się do znalezienia pracy w dużym mieście. Nieśmiały chłopak z malutkiego Strzepcza. Ale szczerze mówiąc nie miałem pomysłu na siebie. I wtedy pojawiłeś się Ty.
Drażyłeś temat z kilku kierunków. Opowiadało mi o Tobie kilka osób. Ale nie umieli mnie do Ciebie przekonać. Bo przecież rozdania to zdarzenia niezależne. To, co stało się wcześniej, nie wpływa na to, co stanie się w następnym rozdaniu. A skoro nie ma, to mogą się one układać dla mnie niekorzystnie nieskończoną ilość czasu. Jak widać zajęcia ze statystyki przespałem. Bo przecież im więcej niezależnych prób, tym średni wynik jest bliższy wartości oczekiwanej (EV).
Inni mnie nie przekonali, przekonać musiałem się sam. Wakacyjny wyjazd do pracy w USA w 2007 roku. W wolnych chwilach, zamiast się zastanawiać nad rozkładem prawdopodobieństw, po prostu zaczynam grać. Czyny, nie słowa!
Potem oglądać relacje z World Series of Poker. Na kolejne odcinki czekam z niecierpliwością większą niż na, swoją drogą niesamowity, "Prison Break". Emocje złapane. Zaczynam czytać "Harrington on Hold'em" i wciągają mnie też Twoje strategiczno-psychologiczne zagadki. Serce zakochane, umysł zaciekawiony! I'M ALL IN!
Poznawaliśmy się powoli. Ostrożnie, ale skutecznie. Stawałem się coraz lepszym graczem. Pracowałem z trenerem, konsumowałem wszelkiego rodzaju pokerowe treści. Z lekkością, z radością, z ciekawością. Oraz z agresją, którą tak dobrze ukryłem w dzieciństwie.
U Ciebie znalazłem przestrzeń, aby ją pokazać. Jungowski cień ujawnił się na stolikach. Na co dzień stojący w cieniu innych "grzeczny chłopiec" mógł ujawnić swoją dziką naturę. Pokerowa dżungla okazała się idealną przestrzenią do tego. I to działało świetnie. Przeciwnicy upadali, foldując swoje układy. Oni nie byli gotowi na moją agresję. Ja sam również nie byłem…
W tym czasie łączyłem Ciebie z pracą w IT. Byłeś jak ta kochanka, do której z radością wracałem wieczorami. Ale praca, mimo, że mało satysfakcjonująca oraz nieporównywalnie mniej dochodowa, dawała coś dla mnie bezcennego - poczucie bezpieczeństwa. Poczucie bezpieczeństwa, którego zawsze tak bardzo mi brakowało. I z tego miejsca mogłem podejmować ryzyko, bez presji, bez oczekiwań.
Moje wygrane rosły: milion dolarów, niezliczona ilość wygranych turniejów. I nadszedł czas, żebyś z kochanki stał się partnerką. Nadszedł czas na rzucenie etatu. Nadszedł czas, żebym poświęcił Tobie cały swój czas. Skoro tak dobrze było nam razem po godzinach, to jak piękne miało być życie razem 24/7!
Odszedł etat - odeszło poczucie bezpieczeństwa. Zamiast "gram bo lubię i wygrywam jako produkt uboczny, bo sama gra jest ciekawa, raduje, kręci" pojawia się presja "muszę wygrać bo przecież inni widzą mnie jako wygrywającego", "muszę zarabiać bo to moja praca teraz", "nie mogę przegrywać i popełniać błędów, bo wyjdę na głupka" itd itp.
Zbudowałem sobie jakiś sztuczny obraz idealnego siebie, takiego który MUSI wiedzieć WSZYSTKO i WSZYSTKO robić IDEALNIE i do tego obrazu próbowałem się dostosować. Postawiłem sobie zadanie niemożliwe do wykonania. Zabawę zamieniłem na muszę. Prawdę o sobie ukryłem pod wstydem.
Sukces sprawił, że stałem się osobą znaną w środowisku. Ludzie zaczęli patrzeć na mnie. A ja w środku czułem się niewystarczający. Gdzieś czułem, że nie zasługuję na to co mnie spotkało. Czułem się oszustem. Wstyd próbowałem przykryć perfekcjonizmem. Wygranymi chciałem zasypać te niekomfortowe uczucia.
Do mojej agresji zaczęli się też dostosowywać przeciwnicy. A ja nie umiałem się przystosować. Bo jak miałbym zmienić coś, czego nawet nie byłem świadomy? Grzeczny chłopiec nadal postrzega agresję jako coś złego, więc jak miałby umieć nią zarządzać? Tu potrzebny jest mężczyzna. A odpowiednio ukierunkowana i świadoma agresja to fundament dobrego pokerzysty. Co więcej, to fundament dobrego życia, życia kreowanego przez nas samych, a nie takiego, które się nam podsuwa.
Linia wznosząca na wykresie moich wygranych się wypłaszczyła. Ja sam nie wiem co się dzieje. W przypływie desperacji, po raz kolejny w moim życiu, uciekam w głowę. I o ile umysł jest świetnym narzędziem, kiedy jest połączony z ciałem i sercem, to kompletnie sobie z życiem nie radzi, jeśli radzić musi sobie sam.
Setki godzin spędzone na coachingach, na analizowaniu rozdań, na szukaniu odpowiedzi w solverach i próbie ich zapamiętania (sic!) niewiele wnoszą. Nie zrozum mnie źle, te elementy są jak najbardziej potrzebne. Tylko, że ja wyłączyłem ciało, wyłączyłem intuicję. Odpalił mi się strach. Pojawiła presja. Tu już nie było miejsca na radość, zabawę, ciekawość.
Barcelona. Moje ulubione miejsce do gry. No prawie. Vegas jednak lepsze. Ale tylko jeśli chodzi o granie w karty. W grze około 15 graczy. Za pierwsze miejsce milion euro. Dostaję AA, zastanawiam się jak wyciągnąć max value. Długo nie muszę myśleć, przeciwnik odwala czarną robotę za mnie. Ja otwieram, on gra za wszystko, snap call! Pula na lidera turnieju, albo przynajmniej gdzieś blisko. Odsłania ATs. W sercach. Jest pięknie!
"Pawel Brzeski opened for 175,000 and the patient Andre Leattau moved all in only to get instantly called by Brzeski who so far has had horrible luck. Lettau had A♥T♥ and it looked like he was heading for the exit when Brzeski tables A♦A♠. The final board of K♥9♥7♠ - 4♥ - 5♣ saw Leattau turn the nuts to survive and Brzeski's horrible luck continue."
PokerNews
Paweł Brzeski so far has had horrible luck, his horrible luck continue… Fuuuuck… Oszukałeś mnie! Ja Ciebie biorę za partnerkę na całe życie, a Ty mnie zdradzasz?! W takim momencie?! W moim ulubionym mieście?! Jak możesz?! Nie mogę uwierzyć w to, co się właśnie wydarzyło…
Chwilę później jest nas już tylko 12-tu. Wygrywam rozdanie, przede mną kupka żetonów. Nie mam czasu ich układać, bo dostaję kolejny grywalny układ - 88. Szybka matematyka w pamięci, mam 15bb, więc szybko zagrywam all-in. Bo ludzie patrzą, bo kamery kamerują. To czasy kiedy decyzje podejmuję z myślą "co inni powiedzą", zamiast poczucia, że to ja znam odpowiedzi.
Za mną jeszcze jeden all-in, a za nim kolejny. Już wiem, że prawdopodobnie jestem w d… Przeciwnicy pokazują AK i AA. Odpadam…
Najgorsze jednak dopiero przede mną. Okazuje się, że źle policzyłem swój stack. Tak naprawdę miałem 20bb. I prawidłowym zagraniem był raise do 2bb, a nie all-in. Jakbym tak zagrał, to po tym rozdaniu byłbym nadal w grze. Zrzuciłbym swój układ po przebiciach przeciwników. Popełniam błąd warty setki tysięcy euro. I nie umiem sobie tego wybaczyć. Bo przecież nie daję sobie prawa do ich popełniania. Bo powinienem lepiej.
Najpierw zdradzasz mnie Ty, potem ja sam siebie.
Wpadam w otchłań na kilka lat…
2 lata później wygrywam pierścień WSOP. Wygrywam, ale nie czuję nic. Nie ma radości, nie ma satysfakcji z super wyniku. Jedynie poczucie, że "w końcu". Że przecież mi się należało. Jest pustka, której żadne trofeum nie wypełni. Tak bardzo zepsułem sobie relację z Tobą. Zepsułem sobie tak bardzo, że jedynym wyjściem jest odejść. Ale nie umiem tego zrobić, więc jeszcze próbuję.
Odchodzę dopiero w 2020, właśnie na świat wydaliśmy Preflop Academy. Zaraz na świecie pojawi moja córka. Ona jest katalizatorem do zmian.
Idę na terapię. Początkowo po to aby lepiej się z Tobą dogadywać, aby lepiej grać w karty.
Ale już na pierwszym spotkaniu na pytania terapeutki odpowiadam jakby nie ja. A tak naprawdę w końcu właśnie ja - ten prawdziwy.
T: "Po co Pan tu przyszedł?"
JA: "Żeby poczuć emocje"
T: "A po co Panu te emocje?"
JA: "Żeby życie nabrało kolorów"
Nie zrobiłem tego dla Ciebie, zrobiłem to dla siebie. To był przełom w moim życiu. To był początek drogi do siebie, drogi trudnej i wyboistej. Ale mojej. Powrót do ciała, do bycia całością.
Mierzyłem się z trudnymi emocjami, które zakopane w moim ciele czekały na uwagę. Wylałem morze łez w poczuciach smutku i bezsilności. Były momenty lęku i przerażenia. Było ciężko, ale jak to rapuje Kękę: "Do celu w swoim tempie idę człap, człap, człap. Powoli, konsekwentnie, tak buduję swój świat". Bo w końcu wiem dokąd idę.
Jesteś moją ścieżką rozwoju, moim lustrem.
Każde spotkanie z Tobą, każda sesja to trening uważności. Każda decyzja to ćwiczenie z radzenia sobie ze strachem przed porażką, ze wstydem przed podjęciem błędnej decyzji, z lękiem przed brakiem kontroli. Każdy bad beat to lekcja na temat akceptacji rzeczy na które nie mam wpływu, lekcja z odpuszczania. Jesteś najtrudniejszą i najuczciwszą praktyką duchową jaką znam.
Dzisiaj nie gram już żeby wygrać, a przynajmniej nie jest to cel sam w sobie. Gram żeby się rozwijać. Nie tylko jako pokerzysta, ale przede wszystkim jako człowiek.
A może to jest to samo - może prawdziwe wygrywanie zawsze polegało na tym, żeby stawać się lepszym przy stole i poza nim.
I never lose. I either win or learn.
Nelson Mandela
Dziękuję za wszystko co mi dałeś. Bez Ciebie nie byłbym tym kim dzisiaj jestem. Bez Ciebie nie byłbym tu, gdzie jestem.
Historię, którą sobie opowiadałem: "Musisz być idealny, żeby być wartościowy", dzięki pracy nad sobą zamieniam na "Jestem wystarczający, taki, jaki właśnie jestem."
Do zobaczenia przy stołach, stary przyjacielu.
Przed nami nowe rozdanie.
Tym razem jestem lepiej przygotowany.
Tym razem wiem, po co gram.
Z wyrazami wdzięczności,
Paweł
Powrót miał już miejsce w trakcie ostatniego WSOP, gdzie w turnieju 2500$ zająłem 7-me miejsce, grając stolik finałowy w koszulce z Orłem na piersi (zamiast zbroi "perfekcyjnego profesjonalisty") i przy okazji odnajdując radość z gry. W stolicy pokera, gdzie w końcu mogłem czuć dumę z tego co robię i co tworzę.